Kiedy zrobić "pstryk".
Ci z nas, którzy robili zdjęcia na kliszy pamiętają z jakimi dylematami się spotykali. Sam łaziłem kiedyś cały dzień po lesie z aparatem i nie zrobiłem ani jednego zdjęcia! Dlaczego? Gdyż kiedyś się mocno trzeba było zastanawiać czy warto, czy obraz nadaje się na odbitkę. Kosztował film - małoobrazkowy miał 36 klatek, a i w ciemni nie warto było siedzieć dla byle jakich zdjęć. Jeśli nie odbiłeś obrazu nikt twojej pracy nigdy nie zobaczył.
Teraz jest inaczej. Publikujemy w internecie, pokazujemy na monitorach komputerów, wyświetlamy telewizyjnie. Natychmiast możemy pokazać tysiące zdjęć. Co najważniejsze mamy do nich natychmiastowy dostęp przez internet lub na przenośnych dyskach. Wystarczy stworzyć tylko wirtualną bibliotekę.
Inaczej też jest z naszymi wyborami, a raczej powiedziałbym ich brakiem.
Jaka bowiem jest praktyka? Taka, że "pstrykamy" bez opamiętania na prawo i lewo. Niby zastanawiamy się nad kadrem, ale niech każdy z ręką na sercu powie, ile ma na dyskach zdjęć, a ile może wyselekcjonować jako godne pokazania?!
Na swoim przykładzie powiem, niewiele!
Oczywiście tłumaczę sobie, że część potrzebuję jako różnego rodzaju tła, jako obrazy historyczne i dokumentalne. Nie brak też takich do albumów rodzinnych czy widokówkowych.
Tylko czy prawdą jest, że to "pstrykanie" jest finansowo bezkarne?
Skoro mam cyfrówkę, nie wydaję na klisze i nie za dużo na odbitki, to chyba bezkarne!
Otóż nie.
No bo właśnie dochodzę do maksymalnej wytrzymałości migawki mojego aparatu - 100 000 pstryknięć.
Co dalej? A no wydatek, jakieś 12 000 zł na aparat pstrykający 200 000 razy, lub wymiana migawki - nie wiem jeszcze za ile.
Łatwo zatem policzyć ile kosztuje każde moje "pstryk" - jakieś 10 groszy. Czyli jak pojadę w plener, wycieczkę, czy demonstrację 11 listopada, to na pstrykanie wydam przynajmniej 200, 300 zł.
Cóż, może zacząć trzeba wybierać kadry jak dawniej!
poniżej seria portretów w nowym stylu: