Kuba skrzywiony nie bardzo miał chęć z tobołkami łazić w deszczu, tym bardziej, że tańszy sposób dostania się do miasta, wymagał pietnasto-minutowego spaceru.
Może przejdzie, powiedział i poszliśmy zjeść śniadanie.
Po godzinie było podobnie, niebo jak ołów. Z pomocą przyszły jednak dziewczyny. Powidzieły, że nie po to tu przyleciały aby siedzieć na lotnisku i Kuba chciał czy nie musiał zabierać walizę i ruszać do miasta!

Na szczęście Bolonia jest miastem odpornym na słonce i deszcz. Niemal na całej drodze są podcienia i trudno się opalić i zmoknąć.
Na Piacca Maggiore dotarliśmy zatem tylko z trochę przemoczonymi butami, ale dzięki pogodzie nie trzeba było przeciskać się w dzikich tłumach, jak to na starówkach bywa.
Jako, że była niedziela to część zebranych udawała się do kościoła na mszę, a inni bawili się w jakieś talerzowe układanki na placu.
Na mszy było nawet sporo wiernych, a ksiądz odprawiający jak na Włocha przystało, mimo słusznego wieku, wykazał się południowym temperamentem.
Tylko Marysia była niezadowolona z powodu szczypania w uszy rozstrojonymi organami.
Nie uważam, że popełniłem jakieś przestępstwo, gdyż nie powinno być takich zakazów, obiekty sakralne są własnością całego kościoła, którego jestem członkiem, a nie jakichś proboszczów. Swoją drogą w Polsce zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego taki zakaz jest bezprawny!
Nowością dla mnie było szalony jazgot grającej orkiestry dętej dochodzący z za murów bazyliki.
Potem okazało się, że to była muzyka towarzysząca procesji wspólnoty peruwiańskiej w Bolonii, która w ten sposób obchodziła święto.
Po krótkim, ze względu na deszcz, spacerze oraz uwiecznieniu na zdjęciach charakterystycznych budowli bolońskich
/więcej zdjęć tu/
trafiliśmy na przeciskającą się uliczkami procesję.
Procesja dotarła na placyk gdzie czekali tancerze i zaczęła się prawdziwa fiesta.
Kolejnym punktem naszej wycieczki było dotarcie do jakiejś tradycyjnej bolońskiej knajpki. Nie było z tym trudność, wystarczyło pójść kilka uliczek poza starówkę. Jedzenie i wino było doskonałe, co oczywiście bardzo umiliło nam powrót na lotnisko.
Na Maltę odlatywaliśmy ok 21.
Nie tak szybko Andrzeju bo nie nadążam czytać i przemyśliwać Twoich ciekawych wpisów !!!!
OdpowiedzUsuń- i btw:) jak tylko znajdziecie tani lot na weekend plus ewentualnie poniedziałek lub piątek - lecę i ja ! Najchętniej na romantyczną wycieczkę do Paryża lub Amsterdamu ! Choć ciągnie mnie ostatnio na północ - jakieś Oslo lub Sztokholm np:)
uściski !
oczywiście zapraszamy!
OdpowiedzUsuńAle nas ciagnie na południe.
pomyślimy o innych kierunkach.
Jednak tam jest nadzieja na słońce
Słońce jest wszędzie:) A jeśli masz na myśli ciepło, to przecież wystarczy się ubrać :)))))
OdpowiedzUsuń(jestem w takim wieku, że wolę się ubierać niż rozbierać - haha)
no właśnie - haha,
Usuńna północy za mało romańskich kościołów,
ale zobaczymy, może być i Sztokholm?
oj Andrzeju, wszak nie samymi kościolami romańskimi człowiek żyje:)
UsuńSztokholm jest ok. Ale wolę latać niż pływać - to wiesz:))
oczywiście, ale korzenie to korzenie.
Usuńtymczasem latamy, pływamy na wiosnę!
uchwyciłeś więcej detali :) myślę, że dalej będzie podobnie
OdpowiedzUsuńpewnie, że podobnie,
OdpowiedzUsuńczekam na więcej u Ciebie!
Pięknie, mimo deszczu :P
OdpowiedzUsuńdzeszcz nie przeszkadza, ważna pogoda ducha.
Usuń