środa, 16 października 2013

La Valletta

Dzień był zaplanowany jako "autobusowy". Czyli kupiliśmy bilety całodzienne za 2,6 euro na osobę  i wyruszyliśmy do stolicy. Malta to taki niewielki kraj, że niemal wszystkie autobusy maja pętle u wrót La Valletty, przepiękna fontanna jest rondem, przystankiem końcowym i początkowym wszystkich tras.
Przyznam się, że bardzo to ułatwia życie podróżnicze po wyspie.



za dnia


nocą

Co prawda wszyscy byliśmy już tutaj w zeszłym roku, ale teraz mieliśmy zamiar zwiedzić Muzeum Archeologiczne i Katedrę. 
Po drodze podziwialiśmy najpierw ogromne fortyfikacje,

poniedziałek, 14 października 2013

Qormi

To lądowanie nie było w polskim stylu. Myślałem, że koła się oderwą, tak pilot walnął samolotem o płytę lotniska. Najważniejsze, że się udało no i nie padało, musiałem ściągać sweter z gorąca!
Kilka minut kluczenia po pięknym budynku lotniska i spotykamy Martina.
Martin to człowiek, jak na Maltańczyka przystało, sumienny i niezwykle uczynny.



Po kilku minutach byliśmy już n  naszej kwaterze, a pokoje okazały się zgodne z tym co prezentował na stronie airbn.
Cały dom był do naszej dyspozycji, zatem na nocne wino zeszliśmy do kuchni.

Może to zabrzmi dziwnie ale poranny sen przerwały nam konie na ulicy pod domem, oczywiście te mechaniczne ale też o dziwo biologiczne!



Maltańczycy zamiast z psami chadzają na spacery z końmi. Bywa tak rankami ale i wieczorem. Wszędzie pełno spacerowiczów ale i dżogingowiczów z końmi. No i tu nie ma żartów. Na Malcie nie ma zbyt wielu łąk gdzie koń mógłby sobie pobiegać. Biegaja zatem po ulicach. Aby się nie zgubić biegają z ludzkim przewodnikiem.  Muszą to być jednak cenne koniki, bo nie jadą na nich ludzie!
Skoro już końskie budziki nas zerwły o świcie, to z Kubą wybraliśmy się na zakupy. Martin oczywiście przy drzwiach służył nam informacją gdzie jest najlepszy sklep - kilka domów dalej. Najpierw jednak zaszliśmy do malutkiej domowej piekarni.

niedziela, 13 października 2013

W Bolonii

Lądowanie przebiegło normalnie i po paru minutach byliśmy na lotnisku w Bolonii. Była godzina 8 z minutami, czyli pora na kawę. Kawa włoska, wspaniała i w cywilizowanych cenach, nie tak jak w polskich kawiarniach. Wszystko było by wspaniale gdyby nie siąpiło!
Kuba skrzywiony nie bardzo miał chęć z tobołkami łazić w deszczu, tym bardziej, że tańszy sposób dostania się do miasta, wymagał pietnasto-minutowego spaceru.
Może przejdzie, powiedział i poszliśmy zjeść śniadanie.
Po godzinie było podobnie, niebo jak ołów. Z pomocą przyszły jednak dziewczyny. Powidzieły, że nie po to tu przyleciały aby siedzieć na lotnisku i Kuba chciał czy nie musiał zabierać walizę i ruszać do miasta!
Deszcz niestety wlepił nam pierwszą karę i zamiast 4 euro, zapłaciliśmy po 16 za dwa przejazdy.
Na szczęście Bolonia jest miastem odpornym na słonce i deszcz. Niemal na całej drodze są podcienia i trudno się opalić i zmoknąć.
Na Piacca Maggiore dotarliśmy zatem tylko z trochę przemoczonymi butami, ale dzięki pogodzie nie trzeba było przeciskać się w dzikich tłumach, jak to na starówkach bywa.
Jako, że była niedziela to część zebranych udawała się do kościoła na mszę, a inni bawili się w jakieś talerzowe układanki na placu.



O co chodziło? Nie wiadomo, ale fajnie wyglądało.
Na mszy było nawet sporo wiernych, a ksiądz odprawiający jak na Włocha  przystało, mimo słusznego wieku, wykazał się południowym temperamentem.
Tylko Marysia była niezadowolona z powodu szczypania w uszy rozstrojonymi organami.
Jako, że w Basillica di San Petronio nie wolno robić zdjęć, to mam tylko dwa zrobione cichaczem:

tanie latanie - Malta `13

Czasy sie zmieniają i coś co było do niedawna nieosiagalne, nagle stało sie dostępne. Tak było z pomysłem polecenia na Maltę.
Kuba, który "pracuje" 24 godziny na dobę, a w wolnych chwilach układa pasjane w kompie i szpera, by znaleźć jakąś ciekawą wycieczkę, oznajmił mi pewnego poranka, że można polecieć na cztery dni przez Bolonię na Maltę i wrócić przez Wenecję za 180 zł. Pomysł dobry, bo w Bolonii i Wenecji ladowało sie rano,a dalszy lot był wieczorem, czyli cały dzień na zwiedzanie. Trzy noce i dwa pełne dni na Malcie, wydawały sie niezłą propozycję na "dłuższy łykend" w październiku, gdzie wiadomo już po wakacjach i do Bożego Narodzenia jeszcze daleko, a gdzieś by sie pojechało.

Szybko zatem do komputera,  rezerwować bilety. Ceny skakały co godzinę, a trzeba było tak zgrać wszystko, aby nie zostać na Malcie bo akurat samolot pełny.
Ostatecznie cena za te cztery loty nie była aż tak optymistyczna, ale dwa razy drożej też nie było jakąś przesadą.
Zaczęły sie przygotowania logistyczne- co zwiedzić, jak dojechać, gdzie nocować. /tu są zebrane wiadomości/
Najważniejszy był nocleg na Malcie. Wśród tanich hoteli trudno było wybrać, bo choć ładne miejsca, to opinie tak rozbieżne, że nie wiadomo co sie zastanie. Jedni byli zachwyceni bo balanga trwała cały dzień i noc, a inni, że gorszego miejsca w życiu nie widzieli. Malta to malutka wyspa - wielkości Krakowa, zatem pomyślałem, że wszędzie się dojedzie autobusem, lub samochodem, a lepiej spróbować jak się mieszka w tradycyjnym mieszkaniu maltańskim. Po paru próbach na stronie www.airbnb.pl znalazłem to o co chodziło, czyli dom Martina w Qormi.


O tyle była ta oferta zachęcająca, gdzyż Martin zapewniał transport z i na lotnisko w cenie, a ladowaliśmy o 23.30 i odlot był o 7.00. Taksówka nocą to wydatek jakieś 20 euro, no i szukanie też nam sie nie uśmiechało.
Wszystko było zatem gotowe, jeszcze tylko nocleg we Wrocławiu -  http://www.ndwroclaw.com/ doskonały bo na starym mieście i można lecieć! Podróż zaczynała sie od Wrocławia.

wtorek, 24 września 2013

Przestroga

Kiedy zrobić "pstryk".
Ci z nas, którzy robili zdjęcia na kliszy pamiętają z jakimi dylematami się spotykali. Sam łaziłem kiedyś cały dzień po lesie z aparatem i nie zrobiłem ani jednego zdjęcia! Dlaczego? Gdyż kiedyś się mocno trzeba było zastanawiać czy warto, czy obraz nadaje się na odbitkę. Kosztował film - małoobrazkowy miał 36 klatek, a i w ciemni nie warto było siedzieć dla byle jakich zdjęć. Jeśli nie odbiłeś obrazu nikt twojej pracy nigdy nie zobaczył.
Teraz jest inaczej. Publikujemy w internecie, pokazujemy na monitorach komputerów, wyświetlamy telewizyjnie. Natychmiast możemy pokazać tysiące zdjęć. Co najważniejsze mamy do nich natychmiastowy dostęp przez internet lub na przenośnych dyskach. Wystarczy stworzyć tylko wirtualną bibliotekę.
Inaczej też jest z naszymi wyborami, a raczej powiedziałbym ich brakiem.
Jaka bowiem jest praktyka? Taka, że "pstrykamy" bez opamiętania na prawo i lewo. Niby zastanawiamy się nad kadrem, ale niech każdy z ręką na sercu powie, ile ma na dyskach zdjęć, a ile może wyselekcjonować jako godne pokazania?!
Na swoim przykładzie powiem, niewiele!
Oczywiście tłumaczę sobie, że część potrzebuję jako różnego rodzaju tła, jako obrazy historyczne i dokumentalne. Nie brak też takich do albumów rodzinnych czy widokówkowych.
Tylko czy prawdą jest, że to "pstrykanie" jest finansowo bezkarne?
Skoro mam cyfrówkę, nie wydaję na klisze i nie za dużo na odbitki, to chyba bezkarne!
Otóż nie.
No bo właśnie dochodzę do maksymalnej wytrzymałości migawki mojego aparatu - 100 000 pstryknięć.
Co dalej? A no wydatek, jakieś 12 000 zł na aparat pstrykający 200 000 razy, lub wymiana migawki - nie wiem jeszcze za ile.
Łatwo zatem policzyć ile kosztuje każde moje "pstryk" -  jakieś 10 groszy.   Czyli jak pojadę w plener, wycieczkę, czy demonstrację 11 listopada, to na pstrykanie wydam przynajmniej 200, 300 zł.

Cóż, może zacząć trzeba wybierać kadry jak dawniej!

poniżej seria portretów  w nowym stylu:


niedziela, 22 września 2013

o dyskusjach

Od rana chodzi mi po głowie myśl. Czy jednak stać nas na ciekawe rozmowy w internecie. Po co byłoby powoływanie tego rodzaju blogów, gdyby nie było potencjalnych autorów chcących porozmawiać.
Własne, indywidualne blogi są oczywiście rozwiązaniem. Każdy może wejść i napisać komentarz. Tylko w tym przypadku chodzi o stworzenie miejsca gdzie publikują różne osoby, współtworzące ten blog.
Powinienem, by stworzyć szerokie spektrum tematyczne, zatem zaprosić wszystkich, których może zainteresować taka dyskusja.

Od rana chodzi mi pogłowie to coś, co wywołane zostało publikacją Eugeniusza - DyLEMaty LEMoniady – Stanisław Lem. W moim mniemaniu niezwykle ciekawie napisanym tekstem o S.Lemie. Nie tylko o dorobku twórczym, ale tez o samym autorze, jako niezwykłym wizjonerze, który potrafił rozbudzać wyobraźnię swoich odbiorców.
Sam Eugeniusz jest człowiekiem nietuzinkowym, co najważniejsze o skrystalizowanych poglądach. Prawda że trochę innych niż moje, ale opartych na solidnych podstawach filozoficznych. Ważne jest też to, że to czym się zajmuje robi z ogromną pasją.  Zapraszam zatem do zapoznania się z opiniami Eugeniusza, na pewno znajdziemy tam wiele bodźców do przemyśleń!


Na zachętę dodam tylko powiedzenie - koń jaki jest każdy widzi!

piątek, 13 września 2013

Żywobycie nam wymarło!

I chyba nic na to nie można poradzić. Miało to być miejsce naszych wspólnych rozmów, a tymczasem jest tylko mój monolog. Od ostatniego mego wpisu minęło kilkanaście dni i nie doczekaliśmy się niczego nowego.
Nie wypada chyba abym sam się tu rządził, ale jak tak dalej pójdzie, to będę musiał coś z tym zrobić.
Rozumiem trudne sytuacje życiowe i inne powody, ale nieżywobycie nie może trwać zbyt długo.

pozdrawiam AndrzejB.